Pierwszy raz, kiedy udało nam się trzymać łyżkę, zapoczątkował całe życie, w którym potrafiliśmy samodzielnie jeść. W moim przypadku pierwszy raz, kiedy spróbowałam sushi – zapoczątkował całe życie, w którym go nie lubię, a inni zapamiętają swój pierwszy raz, kiedy spróbowali brukselki lub różyczki kalafiora. Mój mąż może to potwierdzić; potrafi nawet wykryć, gdy potajemnie dodam je do zupy – działa jak radar do wykrywania kalafiora, który uruchamia się, zanim jedzenie dotrze do jego ust.

Być może niektórzy z was, urodzeni z dala od oceanu, pamiętają swoją pierwszą wizytę na plaży, widok morza rozciągającego się aż po horyzont, nie widząc w całym swoim życiu nic więcej niż wodę w wannie, być może odczuwając lekki strach lub podziw, że morze może was pochłonąć.

Źródło: Unsplash; Autor: Sandra Seitamaa;

Cóż, przechodząc do bardziej przyziemnych spraw, dzisiaj po raz pierwszy w tym sezonie popływałam. Mam to szczęście, że mieszkam w domu z ogrodem i basenem. Po ostatnich silnych wiatrach zarówno ogród, jak i basen były zasypane liśćmi, więc wzięłam tę skimmerową rzecz i wyczyściłam basen. Następnie zamieściłam teren wokół basenu, aby zapobiec przedostawaniu się kolejnych liści, a potem zamieściłam obszar poza ogrodzeniem basenu, poszerzając zakres poszukiwań liści.

Zanim to wszystko zrobiłem, byłem, delikatnie mówiąc, rozgrzany i zmęczony. Świeżo wyczyszczony basen wyglądał całkiem zachęcająco, a kiedy uruchomiła się pompa, a powierzchnia wody zaczęła mienić się w słońcu, pomyślałem: „O rany, on po prostu mnie zaprasza do wody”.

Basen przez całe zimowe miesiące był praktycznie bezużyteczny – służył jedynie jako miejsce, w którym gromadziły się liście i które trzeba było od czasu do czasu napełniać wodą, czyścić oraz wrzucać do niego tabletkę chloru. Przeszło mi przez głowę, że posiadanie basenu brzmi fajnie – to miejsce, gdzie można się wygłupiać latem, gdzie można zachęcić rodzinę i przyjaciół do odwiedzin, ale przez większość czasu to po prostu ogromna kałuża, której nie da się zignorować.

Źródło: Unsplash; Autor: Vinicius Benedit;

Dzisiaj po raz pierwszy od… no nie wiem, może od października, zanurzyłam się w wodzie. Było mi gorąco po zamiataniu, prawdopodobnie miałam zaczerwienioną twarz, pociłam się (do diabła z tymi bzdurami o tym, że kobiety promienieją, a mężczyźni się pocą), a oczy zaczęły mnie piec, gdy pot spływał strumieniami z czoła.

Więc wskoczyłam. Najpierw stopy i westchnienie. Powoli schodziłam po drabince, krok po kroku, a im bardziej się zanurzałam, tym bardziej łapałam oddech. W końcu woda sięgała mi już do pasa i z jakiegoś powodu uniosłam ręce w górę. Dlaczego to zrobiłam? Mój mózg podjął decyzję, by zanurzyć ciało w zimnej wodzie, ale moje ręce mówiły: „O nie, nie rób tego, krok po kroku, proszę”. Przypomniał mi się niedawny program telewizyjny, w którym prowadzący opisywał, jak typowi Brytyjczycy wchodzą do basenu lub morza, ogłaszając: „Wchodzę”, niczym odkrywca wkraczający do jaskini, w której z pewnością czai się dzikie zwierzę. Kiedy już jesteśmy w wodzie, zawsze trochę się popływamy, a potem z szerokim uśmiechem mówimy: „W sumie jest w porządku, jak już się wejdzie”, jakbyśmy dokonali czegoś heroicznego.

Ale wiecie co? Ledwo zdążyłem rozłożyć ręcznik i pogratulować sobie, że odważyłem się wejść do zimnej wody (a gdy ktoś mnie zapyta, obniżę temperaturę o kilka stopni, żeby udowodnić, jaki jestem odważny), gdy wiatr znów się wzmógł, a jutro będzie po prostu kolejny dzień tego samego.