Porady zdrowotne mają problem z nadmierną ilością informacji. Głoszą hasła typu „dziesięć tysięcy kroków”, narzucają rygorystyczne programy i oczekują, że będziemy z tego zadowoleni. Już przed południem większość z nas nie nadąża. Dobra wiadomość tego tygodnia jest znacznie spokojniejsza.
Ćwiczenie oddechowe z puentą
„Nikt nie powinien zamieniać inhalatora ani rehabilitacji oddechowej na puentę”.
W prawdziwym śmiechu jest taki moment, kiedy oddychanie traci wszelką godność. Ramiona podskakują, oczy łzawią, a ktoś macha ręką, bo mowa chwilowo opuściła budynek – chyba że oddychanie to już coś, o czym musisz myśleć.
Przewlekła obturacyjna choroba płuc, czyli POChP, ogranicza życie. Schody stają się wyzwaniem, a rozmowa wydaje się kosztowna, gdy za każde zdanie płaci się oddechem.
Śmiech wydaje się więc mało prawdopodobną terapią. Jednak niewielkie badanie zaprezentowane podczas tegorocznego kongresu Europejskiego Towarzystwa Oddechowego w Barcelonie sugeruje, że celowe ćwiczenia śmiechu mogą łagodzić duszności równie skutecznie, jak uznana metoda oddychania z zaciśniętymi ustami.
Dr Goncagul Aldan, pielęgniarka i wykładowczyni na Uniwersytecie Hacettepe, przedstawiła wyniki badań przeprowadzonych na 63 pacjentach ze szpitala Ankara Bilkent City Hospital w Turcji. Pacjenci zostali losowo przydzieleni do grup: oddychania z zaciśniętymi ustami; ćwiczeń śmiechu obejmujących klaskanie, odgłosy motocykla, ryk lwa i medytację; lub samej edukacji.
Przez osiem tygodni grupy wykonujące ćwiczenia ćwiczyły przez 30 minut trzy razy w tygodniu. Obie grupy odnotowały mniejszą duszność i lepszy ogólny stan zdrowia niż grupa kontrolna. Poprawa oddychania była nadal widoczna miesiąc później.
To odkrycie wydaje się być powodem do radości, ale warto zwrócić uwagę na drobny druk. Badanie miało niewielki zasięg i zostało zaprezentowane na konferencji, a nie opublikowane w czasopiśmie naukowym. Nikt nie powinien zamieniać inhalatora ani rehabilitacji oddechowej na żart.
Ćwiczenia oddechowe mogą wydawać się kolejnym obowiązkiem w ciągu dnia, który i tak jest już zorganizowany wokół objawów choroby. Sesje nie wymagały żadnego sprzętu i odbywały się równolegle z normalnym leczeniem. Jeśli większe badania potwierdzą te wyniki, to trudno o gorsze zalecenia niż pół godziny klaskania i okazjonalna swoboda ryknięcia jak lew.
Zegarek może przestać krzyczeć
„Dziesięć tysięcy to nie ocena z egzaminu, a ruch nie jest bezwartościowy tylko dlatego, że nasz zegarek nie rzucił konfetti”.
W pewnym momencie spaceru zegarek fitness zamienia się w nauczyciela wychowania fizycznego. „Jeszcze dziewięćset kroków” – mówi, jakby zakupy, schody i poszukiwanie okularów, które już mieliśmy na nosie, nigdy nie miały miejsca.
Nowe badanie opublikowane w „British Journal of Sports Medicine” daje zegarkowi – i nam – odrobinę elastyczności. Analiza objęła 64 743 uczestników brytyjskiego banku danych biologicznych (UK Biobank). Wśród osób wykonujących mniej niż 5 000 kroków dziennie szybsze tempo wiązało się ze znacznie niższym ryzykiem śmiertelności. Spadek ten przypominał ten obserwowany przy 5 000–7 500 spokojniejszych kroków; najniższe ogólne ryzyko odnotowano przy liczbie kroków od 7 500 do 10 000.

Tempo obliczono na podstawie 30 minut największej aktywności każdej osoby, które nie musiały następować po sobie. W przykładzie dotyczącym małej liczby kroków w artykule przyjęto około 80 kroków na minutę, w porównaniu z 60 w przypadku spokojniejszego tempa: chodzi o lekki marsz, a nie sprint.
Były to badania obserwacyjne, więc nie mogą one udowodnić, że zmiana tempa wydłuża życie; osoby chodzące szybciej mogą po prostu być już zdrowsze. Nikt cierpiący na ból, mający problemy z równowagą lub schorzenia serca nie powinien też czuć się zmuszany przez zegarek – zwłaszcza na portugalskiej calçada, gdzie energiczny spacer może przerodzić się w zaawansowaną akrobatikę.
Pomocnym przesłaniem jest możliwość wyboru. Jeśli tempo jest trudne do utrzymania, liczą się również wygodne kroki; jeśli masz mało czasu i jest to dla ciebie bezpieczne, kilka minut o żywszym tempie może przynieść korzyści. Dziesięć tysięcy kroków to nie ocena z egzaminu, a ruch nie traci wartości tylko dlatego, że nasz zegarek nie wystrzelił konfetti.
Przygotuj umysł, a także torbę na noc
„Strach nie jest wadą charakteru, którą należy schować razem z szlafrokiem”.
Szpitalna koszula może odebrać ci pewność siebie, zanim lekarz jeszcze wejdzie do pokoju. Do operacji przygotowujemy się poprzez badania, wypełnianie formularzy, przestrzeganie zaleceń dotyczących postu i pakowanie zbyt wielu rzeczy do torby na noc.
W badaniu opublikowanym w tym tygodniu w czasopiśmie „JAMA Network Open” obserwowano 306 osób dorosłych w wieku 60 lat lub starszych, które miały przejść zabiegi kardiologiczne, onkologiczne, operacje biodra lub kolana, a wszystkie cierpiały na łagodny lub umiarkowany lęk lub depresję. Połowa z nich otrzymała materiały samopomocowe. Pozostałym zaproponowano od ośmiu do dwunastu sesji telefonicznych z trenerem zdrowia psychicznego – pracownikiem socjalnym lub doradcą – dotyczących obaw, snu i celów, a także przegląd leków przeprowadzony przez farmaceutę. Coaching rozpoczął się przed operacją i trwał po niej: były to tygodnie wsparcia, a nie tylko motywująca rozmowa rano w dniu zabiegu.
Trzy miesiące później wyniki w zakresie lęku i depresji były nieznacznie lepsze w grupie objętej wsparciem. Najwyraźniejsze korzyści odnotowano wśród pacjentów onkologicznych; grupy pacjentów kardiologicznych i ortopedycznych same w sobie nie wykazały statystycznie istotnej poprawy.
Pozytywne myśli nie zastąpią operacji. Jednak strach nie jest wadą charakteru, którą można odłożyć wraz z szlafrokiem. Zdrowie emocjonalne i leczenie farmakologiczne zasługują na uwagę na równi z ciśnieniem krwi i wynikami badań krwi. Czasami przygotowania zaczynają się od słów: „Boję się. Jakie wsparcie jest dostępne?”.
Trzy zwycięstwa w ciągu trzech dni
3 września WHO potwierdziła wyeliminowanie trachomy jako problemu zdrowia publicznego w Timorze Wschodnim; infekcja ta nie ma już tego statusu w żadnym kraju regionu Azji Południowo-Wschodniej objętym działaniem WHO. Następnego dnia Bhutan stał się pierwszym krajem w regionie, w którym potwierdzono wyeliminowanie wścieklizny u ludzi przenoszonej przez psy jako problemu zdrowia publicznego. Trzeciego września WHO potwierdziła, że Tajlandia wyeliminowała różyczkę jako problem zdrowia publicznego.
Są to kamienie milowe w eliminacji, a nie całkowitej likwidacji: nadzór, szczepienia i leczenie muszą być kontynuowane. Jednak trzy kraje, trzy choroby i trzy kolejne dni są warte chwili refleksji.
Postęp rzadko jest jednym heroicznym skokiem. Czasami jest to uśmiech, nieco szybszy krok, szczera rozmowa – a potem kolejna drobna rzecz, powtarzana aż do momentu, gdy tworzy historię.





Follow us on social media